17795999_1331301730270165_8370678263743233380_n

Kilka sekund, po których nic nie będzie jak dawniej

Życie z dwulatkiem, to ciągła eskalacja emocji tych złych i tych dobrych i to w rodzicach, jak i w dziecku. Są momenty wspaniałe, podniosłe – pierwsze świadomie wypowiedziane „Kocham Cię mamusiu”, tulasy, całusy oraz dni, kiedy masz ochotę sobie wyciągnąć mózg przez uszy, żeby tylko nie słyszeć ciągłe wycia, jazgotu i darcia się. Twoje dziecko staje się froterką miejsc publicznych, modlisz się by w komunikacji miejskiej kierowca Was nie wysadził za wątpliwe atrakcje wokalne fundowane współpasażerom przez Twoje dziecko. Już nie wspominając o oskarżeniach o bezstresowe wychowanie itp. To ten moment kiedy zaczynasz się mimo wszystko wstydzić, choć podobno za dziecko wstydzić się nie trzeba.

Mój właśnie kończący się weekend dokładnie taki był. Dwuletni Minionek mojego współautorstwa uznał ponownie za właściwie by mnie bić – tłumaczyłam dlaczego bicie nie jest fajne. Nie pozwala się uczesać i ubrać – chyba już kiedyś o ośmiornicy z zaburzeniami SI wspominałam, więc jest nawrót. Jestem cholernie zmęczona, bo Minion uznał, że 5,5h snu jest całkiem spoko i nie zna litości przy pobódkach. Wszystko musi być już ,teraz, „natentychmiast”. W dodatku darła się w autobusie całą drogę, bo sugerowałam, że stawanie na siedzeniu nie jest fajnym pomysłem i niestety dla jej bezpieczeństwa, po upomnieniu przez kierowce konieczne były środki zapobiegawcze i częściowe unieruchomienie. Później wyfroterowała dworzec, asfalt przed nim, zrobiła sajgon w naszej ulubionej knajpce drąc się i zostawiając ślady glonojada na drzwiach wyjściowych. Po powrocie do domu dziadków zrobiła wizję lokalną łazienki podczas mojej „narady” i postanowiła gryzakiem uczynić znaleźną lewatywę. Nie będę opisywać w jakim stanie o 23.15, po 2,5h usypiania był mój mózg i co myślałam o sowim własnym prywatnym wystaranym dziecku.
Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się lepiej. Choć droga na salę zabaw była całkiem fajna, dziecina moja współpracowała, trzymała się ręki, słuchała. Na Sali się totalnie wyszalała, tym bardziej, że dołączyła do nas przyjaciółka Miniona ze swoją mamą, z którą też mamy przyjazną relację. Dziewczyny szalały a my plotkowałyśmy. Przewinął się temat porwań i zachowania dzieci. Jak z nimi rozmawiać, co nas martwi w tym temacie, na co uważać. Niby błahostka, ot rozmowa inspirowana linkami w internetach, jednak już godzinę później nie było mi „do śmiechu”. Wyszyśmy z dziewczynami z Sali i udałyśmy się na dworzec. Jako, że zorientowałam się, że nie mam chleba w domu, a po drodze na autobus była czynna piekarnia (w pasażu dworca), udałyśmy się tam. Kolejka długa, kolejni kolejkowicze próbowali się w nią wcinać, Minionek co chwilę podbiegał do dziewczyn i wracał do mnie, aż nagle, już przy składaniu przeze mnie zamówienia znowu się zerwał. To było kilka sekund. Odwróciłam się i nigdzie jej nie było. Dziewczyn też. Jakaś kobieta pokazała mi tylko ręką i powiedziała „TAM”. Dziewczyny się zmaterializowały, ale same. Minion przepadł w tłumie, nie wiem co było dalej. Nie mam pojęcia. Nie wiem czy się darłam, czy ją wołałam, czy próbowałam wypatrzeć. Milion myśli, strach, paraliż, ból serca, dojmująca samotność, świat jakiś inny, straszny, sekundy dłużyły się w nieskończoność. CHOLERA! NIGDZIE NIE MA MOJEGO DZIECKA, NIE WIDZĘ GO!!!!!!!
Nagle z tego tłumu wyłoniła się mała postać i uśmiechnięta buzia Minionka. Uśmiechnięta na mój widok. Przez to co wyczytała z moich emocji nie puścić mojej ręki, w ogóle stracić mnie choć na chwilę z oczu, aż do uspania. Zresztą teraz stukam klawisze leżąc koło niej.

Mam nadzieję, że już nigdy nie zaznam tego uczucia. Nikomu go nie życzę. Nie wyobrażam sobie trwać w nim choć chwilę dłużej, a co dopiero w obliczu tragedii. Choć zwykle uważam, ba! W takich sytuacjach Minionek ląduje na plecach w chuście, czy nosidle, tym razem rozproszyła mnie „obecność” towarzystwa, co mnie oczywiscie nie usprawiedliwia i wyrzuty sumienia mnie opuszczą, zdaję sobie sprawę, że o tragedię nie było trudno. Ja jako dorosła to wiem, moje dziecko z pewnością w jakimś stopniu odczuło, to jednak… Kurczę… Uważajmy na te nasze skarby tulmy je i dbajmy o nasze relacje, bo to straszne, że żyjemy w tak okrutnym świecie, gdzie szczęście jest aż tak cholernie ulotne 🙁

Bookmark and Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *